Cordelia (recenzja)
Często sięgam po powieści historyczne. Bardzo lubię, gdy ich akcja dzieje się w wiktoriańskiej Anglii. Z tego powodu sięgnęłam po książkę „Cordelia” napisaną przez autora sagi „Poldark”. Winston Graham rozpoczyna historię w roku 1867, w Manchesterze.
Cordelia Blake zostaje drugą żoną Brooka Fergusona. Nie jest to małżeństwo z miłości, raczej z rozsądku. Zostało zaaranżowane przez ojca Brooka. Młoda kobieta wprowadza się do wielkiej rezydencji. Okazuje się, że w domu żelazną ręką rządzi jej teść.
Wkrótce na horyzoncie pokazuje się postać Stephena Crossley’a, przemiłego właściciela teatru.
Czy Cordelia zmieni swoje życie pod wpływem jego uroku?
Pierwsze strony powieści mnie zafascynowały. Podczas lektury czułam niepokój, napięcie, nerwowość. Oczekiwałam mroku, grozy, melancholii. Miałam nadzieję, że jest to preludium, cisza przed burzą. Gęsta atmosfera w posiadłości została świetnie zobrazowana.
Niestety z każdą kolejną strona i przeczytanym rozdziałem moje emocje się rozmywały, stygły.
Od bohaterów oczekiwałam wulkanu namiętności, wielkich i burzliwych emocji, które by nimi targały. Bynajmniej, uczucia i zachowania postaci były wyważone, chłodne, wykalkulowane.
Bardzo chciałam polubić i zrozumieć główną bohaterkę, ale to się nie udało. Myślę, że ona też do końca nie rozumiała siebie i swoich wyborów.
Najbarwniejszą postacią był wuj Pridey, znawca i badacz myszy. To taki dobry duch tej historii.
„Cordelia” to książka troszkę bezbarwna, w której czegoś zabrakło. W mojej pamięci nie pozostanie zbyt długo.
Ciekawa jestem Waszych wrażeń po lekturze.
Wydawnictwo: Czarna Owca